Kasper Lecnim, obiekt z serii "Chodźcie szczotki", 2020

Bojaźń i drganie

Kasper Lecnim, obiekt z serii "Chodźcie szczotki", 2020

Już tutaj, na samym początku, muszę się Wam wytłumaczyć, co oznacza kaprys rozpoczęcia tego tekstu od Kierkegaarda, duńskiego filozofa, którego życie – jak zapewnia polskojęzyczna Wikipedia – nie obfitowało w wydarzenia zewnętrze. Zwłaszcza jeśli reanimuję go w kontekście wystawy jeżdżąco-szczekających szczotek, tutoriali crackowania metodami tzw. ruskich hakerów i pyłu regipsowych płyt – ekspozycji, która pozostaje w ścisłym związku z wydarzeniami zewnętrznymi, to jest: ze światem, który w przeciągu kwartału objawił się w całej swojej intensywności.

Na wystawie Kaspra Lecnima nie ma niczego na temat historii o tym, jak Abraham wybrał się ze swoim synem na górę Moria, ani o tym, jak zamiast oczekiwanych atrakcji krajoznawczych pojawia się próba wiary i boska interwencja, które skrótowo opisać można jako „świetnie Abrahamie, że ufasz Najwyższemu – chciałeś złożyć w ofierze syna, fajny z ciebie gość, w nagrodę otrzymasz dzieci tyle, ile jest gwiazd na niebie”. We wstępie do „Bojaźni i drżenia" S. Kirkegaarda, Jarosław Iwaszkiewicz wspomina, że ojciec filozofa też kiedyś wszedł na górę i przeklął swój los oraz pozostałą przy życiu dwójkę synów. Nikt wówczas nie zginął, nikt na nikogo nie uczynił zamachu, jednak młodemu Kierkegaardowi to wspomnienie na stałe pozostało w pamięci – na tyle, aby uczynić je swoją obsesją. Iwaszkiewicz z przekąsem konstatuje – „rodzina szaleńców […] tak chyba było w istocie”1

Historia Abrahama i Izaaka rozpala od pokoleń dziecięce, mięciutkie jeszcze wyobraźnie – a wszystkie cierpliwe tłumaczenia katechetek wydają się wielce wątpliwe wobec grozy opowieści o tym, że wyprawa w góry z rodzicem bywa daleka od sielanki. Kierkegaard pisze: „Zamierzam wyciągnąć z opowieści o Abrahamie wszystkie dialektyczne konsekwencje w nim zawarte i wyrazić je w formie »problematów«, aby okazać, jak wielkim paradoksem jest wiara; paradoks ten […] nie daje się ogarnąć myślą, ponieważ wiara właśnie tam się zaczyna, gdzie myślenie się kończy”2 – o tym mniej więcej jest „Bojaźń i drżenie”. Człowiek według Duńczyka jest stanem pomiędzy wiecznie zlęknionym zwierzęciem a aniołem – anioł u Kierkegaarda to ten, który nie odczuwa lęku, zatem jest tym, który już nie drży lub nigdy nie doświadczał rozedrgania. Jak wiemy, w finale tej wielkiej biblijnej opowieści nagrodą dla wszystkich, którzy przestali się lękać i uwierzyli, jest pośmiertna forma egzystencji w postaci anioła. Oznacza to wszystkie te skrzydła na plecach, aureole i wieczne wakacje pomiędzy chmurami. Abraham gwarantuje sobie te wakacje zamachem na Izaaka, jeśli nie zadrży mu ręka z nożem. Pewnym gestem przytrzyma tę rękę anioł. Jedynym, który nieomal umrze ze strachu, jest syn, niedoszła ofiara – środek do pewnego celu. Abraham dożywa 175 lat, Izaak aż 185 – może dożyłby więcej, gdyby nie trauma wieku dziecięcego. Jak już wspomniałem, to w ogóle nie jest wystawa o dzieciobójstwie, jednak tym, co w jej ramach drży (a więc się boi) jako pierwsze jest krzak, który wita Was przy wejściu. Raczej nie ma na imię Izaak, choć mógłby – w końcu Izaak znaczy śmiać się. Chyba wciąż wiecie co to znaczy trząść się ze śmiechu.

Nad wejściem do dantejskiego piekła widniał aforyzm – porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie. Niektóre wystawy, zdaniem złośliwych krytyków, powinny mieć taką adnotację. Inne natomiast, wcale nie tak złe, jak te pierwsze, ale dalece bardziej od nich czarnowidzące i pesymistyczne, są do niego zdecydowanie bardziej uprawnione. Zwłaszcza wystawy będące świadectwem późnokapitalistycznej egzystencji, przesiąknięte brakiem nadziei na poprawę sytuacji; te właśnie, w które obfitowały ostatnie lata życia galeryjno-instytucjonalnego. Lecnimowa „Nowa normalność. Stare nawyki” zachęca do odmiennej przestrogi – szykujcie się, wchodząc tutaj uzbrójcie w nadzieję. Nie jest to jednak nadzieja tak prosta w obsłudze, jak w przypadku pewnych komunikatów, do których przywykliśmy żyjąc w reżimie pandemicznym – pojawiających się tu i ówdzie kartek-samoróbek z „będzie dobrze”, pisanych drżącą ręką ekspedientki. Kiedyś zdejmiemy te maseczki i wrócimy do knajp, galerii, supermarketów i zabawimy się w nową normalność – no i wreszcie, baronowo, na koniec przyszła wiosna. Cała wystawa powstawała w czasie tej wiosny – nieco odroczonej, jak jej otwarcie. To, co pierwotnie drżało i drgało, trzęsło się z innych powodów, niż obecnych – słowem: inaczej drżało. Na tapecie była wówczas katastrofa klimatyczna, oczekiwanie na krach gospodarczy, do którego wydarzenia z 2007-2008 roku miały być tylko przygrywką – na horyzoncie jednak wciąż jawiły się wernisaże wystaw i upragnione wakacje. W zamian przyszło coś innego – pandemia COVID-19 i jej następstwa – wraz z trzepotem nietoperzych skrzydeł w zupie ekscentrycznego smakosza z drugiego końca świata, co z powodzeniem można uznać za katastrofę w pełnym znaczeniu tego słowa. Katastrofy, jak je definiuje Konrad Wojnowski ”wprowadzają zamęt, wytrącają z równowagi, dezorganizują porządek ludzkiej egzystencji, wymuszając nierzadko przewartościowanie obowiązującej wiedzy o świecie i zmianę kursu rozwoju cywilizacyjnego; zawsze sygnalizują przy tym koniec pewnego świata, a w tym samym czasie stymulują narodziny nowego. Tym właśnie różnią się od wypadków, błędów i usterek – pojawiają się znikąd, przynosząc nieodwracalne zmiany w środowisku. […] każdy porządek czynią przez chwilę niefunkcjonalnym i przez to absurdalnym. Ich dziwaczny urok bierze się z tego, że pozwalają nam doświadczyć czegoś nieprzewidzianego, a tym samym poszerzyć wiedzę o świecie. Katastrofy zaskakują człowieka i niosą mu nowe informacje o otoczeniu […]”3. Tegośmy doświadczyli, jednak Wojnowski brnie dalej w koncepcję, którą nazywa „pożytecznością katastrof”, która wynika z katastrofy „[…] pobudzającego wpływu na dany organiczny system, który wskutek nieoczekiwanego zdarzenia uzyskuje nowe informacje, pożyteczne dla jego ewolucji. Aby wykorzystać potencjał katastrofy, dany układ musi być zdolny do przetrwania nagłego wstrząsu, a także niezbędnie potrzebuje odpowiednich narzędzi oraz – w najlepszym wypadku – świadomości, która pozwoli przekuć straty na pożytki”4. Zatem nasza nadzieja, w którą się zbroimy, w żadnym wypadku nie powinna opierać się na „będzie dobrze”, ale właśnie na tym, że będzie zupełnie inaczej. O tym, że już jest inaczej nie muszę Was przekonywać, ani załączać prognoz gospodarczych, ani statystyk zatrudnienia, ani dowodów na równanie marszowego kroku w autorytarnym kierunku. Abrahamowa, niczym niezmącona wiara w ciągłość rozwoju gospodarczego i dominacji liberalnej demokracji jest wiarą starą, przedpandemijną, a przez to dalece już nieaktualną. Pożytkiem z tej katastrofy może być przypomnienie o tym, że długie trwanie kryształowego pałacu – owego wielkiego interioru wszechobecnej nudy, na który narzekał Dostojewski ze Sloterdijkiem – dygocąc spękał u swych podstaw, a w każdą szczelinę wdarła się dotąd odpędzana historia.

Czy zatem jest to wystawa postapokaliptyczna? Właściwie to nie – aniśmy nie zmartwychwstali, ani nie przyszło Nic (ani to UFO ani Zbawiciel), które ostatecznie rozwiązało kwestię tego, kto miał rację w sporze o kwestie ostateczne. Koniec świata został odroczony, jedyny obserwowalny to koniec świata, jaki znamy. Widmem, które krąży nad Lecnimową „Nowa normalność. Stare nawyki” jest nieśmiertelny duch samoorganizacji, wsparty na filarach trójcy taktyk Michela de Certeau – ekonomii daru, estetyki sztuczek i etyki uporu5. To subtelny zapis postkatastroficzny – wśród gruzów szczeka niewidzialna siła napędzająca wściekłe szczoty, artysta dzieli się sposobami na to, jak obejść ograniczenia w dostępie do cyfrowej wiedzo-władzy. Z pewnością to nie są metody na zburzenie kryształowego pałacu, ani sposób, aby brodatym Abrahamom zadrżały ręce nie ze starości, lecz z niedostatku wiary. To przecież właśnie dokonało się poprzez czynniki zewnętrzne, w które – w przeciwieństwie do Kierkegaardowego – obfituje nasze życie. A czym można mierzyć jego jakość, jeżeli komukolwiek jeszcze przychodzi do głowy wtłaczać je w bezlitosną logikę wykresu? Można, jak wskazuje Lecnim, alternatywnymi do wskaźnika PKB indeksami szczęścia. Drżący i drżące, nic nam nie pozostaje poza uzbrojeniem się w na-dzieję.

_________

S. Kierkegaard, Bojaźń i drżenie. Choroba na śmierć, tł. J. Iwaszkiewicz, Warszawa 1966, s. 16.
2 Tamże, s. 55.
K. Wojnowski, Pożyteczne katastrofy, Kraków 2016, s. 10-11.
4 Tamże, s. 21.
5 Zob. M. Pancewicz-Puchalska, Ekonomia daru, estetyka sztuczek, etyka uporu. Praktyki życia codziennego według Michela de Certeau, „Prace Kulturoznawcze”, t. 20 (2016), Wrocław 2016, s. 105-117.

  • Publikacja
  • Tekst
wróć do: Publikacje / 2024-2015